SLIDER

WITAJ!


Tworzę to miejsce, by dzielić się wszystkim tym, co wokół mnie magiczne i wyjątkowe.

Zaparz więc swoją ulubioną herbatę i... rozgość się! Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej.

OBSERWUJ @PANNAMADEMOISELLE

DOŁĄCZ DO NEWSLETTERA

17.6.19

Lekcja poezji. Wiersze, które zostaną z Tobą na zawsze


Pamiętam, że jeszcze w liceum zmuszałam się do czytania wierszy. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale według mnie polski program edukacji raczej zniechęca do poezji niż pomaga ją zrozumieć i polubić. Sprawić, żeby była czymś więcej niż zastanawianiem się nad tym "co autor miał na myśli". Interpretacja to potężna umiejętność. A najpiękniejsze w niej jest to, że pozwala na swobodę i indywidualność myśli i odczuć. Każdy rozumie słowa w taki sposób, w jaki chce je zrozumieć. Oczywiście, z lekko narzuconym tematem, ale nadal przesiewa każdy fragment przez swoje własne doświadczenia i uczucia. Odkryłam to dopiero wtedy, kiedy czytanie przestało być moim obowiązkiem. Teraz z radością wracam do wyjątkowych dla mnie utworów, chętnie odkrywam nowe i... czerpię z tego przyjemność.

Dlatego dzisiaj chciałam podzielić się z Wami kilkoma moimi ulubionymi wierszami. Pewnie większość z nich nie będzie dla Was żadną nowością. Ja sama znam je chyba jeszcze z czasów szkolnych, ale dopiero teraz poznałam ich prawdziwą wartość. Dopiero teraz potrafię się przy nich wzruszyć. Dopiero teraz mogę zajrzeć w głąb siebie i pozwolić moim emocjom płynąć. Mam nadzieję, że i Wy poczujecie to samo podczas czytania. Nie zastanawiajcie się nad tym, co chciał przekazać autor. Poczujcie to.


Pisanie życiorysu
Wisława Szymborska

Co trzeba?
Trzeba napisać podanie,
a do podania dołączyć życiorys.

Bez względu na długość życia
życiorys powinien być krótki.

Obowiązuje zwięzłość i selekcja faktów.
Zamiana krajobrazów na adresy
i chwiejnych wspomnień w nieruchome daty.

Z wszystkich miłości starczy ślubna,
a z dzieci tylko urodzone.

Ważniejsze, kto cię zna, niż kogo znasz.
Podróże tylko jeśli zagraniczne.
Przynależność do czego, ale nie dlaczego.
Odznaczenia bez za co.

Pisz tak, jakbyś z sobą nigdy nie rozmawiał
i omijał z daleka.

Pomiń milczeniem psy, koty i ptaki,
pamiątkowe rupiecie, przyjaciół i sny.

Raczej cena niż wartość
i tytuł niż treść.

Raczej już numer butów, niż dokąd on idzie,
ten za kogo uchodzisz.

Do tego fotografia z odsłoniętym uchem.
Liczy się jego kształt, nie to, co słychać.
Co słychać?
Łomot maszyn, które mielą papier.


Ze wszystkich wierszy, jakie istnieją na świecie, ten jest moim ulubionym. Jest to refleksja na temat wartości, jakie kierują współczesnym człowiekiem. Nikt tu nie moralizuje i nie poucza. Stechnicyzowanej rzeczywistości wystawiona zostaje jedynie diagnoza, obrazująca dokąd zmierzamy. Warto postawić sobie pytanie, w jakim stopniu każde z nas jest już elementem tego świata, w którym ważniejszy jest "numer butów, niż dokąd on idzie ten, za kogo uchodzisz"...

Odys
Leopold Staff

Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste
Lecz i manowce wszędy.

O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.

Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki i taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki.


Te słowa pomogły mi pogodzić się z przeciwnościami losu, które jeszcze tak niedawno lawinami sypały się w moim życiu. Te aforyzmy były nawet moją tapetą w telefonie przez kilka dni. Zatapiałam się w nie za każdym razem, gdy moje myśli zaczynały schodzić na niewłaściwe tory. Uświadamiałam sobie wtedy, że każdy człowiek błądzi. I to jest w porządku. Prawdziwa odwaga i mądrość to umiejętność przystosowania się do okoliczności, których bardzo często nie możemy kontrolować. A o tym, jak dużo czasu zajęła mi nauka przyjmowania porażek z otwartymi ramionami pisałam tutaj. Wierzę, że którejś z Was mogą pomóc w uporaniu się z przeciwnościami losu i dostrzeżeniu, że "zawsze się dochodzi gdzie indziej, niż się chciało".


Śpieszmy się
ks. Jan Twardowski

Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy moja nauczycielka języka polskiego analizowała ostatnią strofę tego wiersza. Mówiła o tym, że gdy jesteśmy młodzi i przeżywamy swoją pierwszą miłość, bardzo często jej nie doceniamy, bo zdajemy sobie sprawę z tego, że przed nami jest całe życie i na pewno zakochamy się jeszcze nie raz. A potem okazuje się, że już nigdy nie byliśmy w stanie pokochać nikogo tak szczerze i mocno jak tej pierwszej osoby. Poczułam wtedy jej ból. Poruszył mnie chyba jeszcze bardziej niż sam utwór. Aktualnie wiersz ten zapisany jest w notatkach w moim telefonie. Wracam do niego od czasu do czasu, kiedy potrzebuję usłyszeć jak pewność posiadania czasu może odebrać człowiekowi czułość i wrażliwość.



Fotografia
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:
czyjeś ciało i ziemię całą,
a zostanie tylko fotografia,
to - to jest bardzo mało...


Długo zastanawiałam się, czy aby nie zrezygnować z dzielenia się z Wami tym wierszem. Chyba głównie dlatego, że wywołuje u mnie takie odczucia, których nie potrafię opisać. Czuję, że te słowa przenikają całą moją duszę, pozostawiając smutek, żal, rozczarowanie, niepokój... Zaczynam wtedy snuć refleksje na temat przemijania i tego, jak wiele sfer naszego życia mu ulegnie. Co wyblaknie, a co pozostanie w swoim żywym odcieniu. Jeśli cokolwiek pozostanie.




Podzielcie się, proszę, w komentarzu swoimi odczuciami na temat tych utworów. Chciałabym dowiedzieć się, jakie są Wasze odczucia, jakie emocje w Was wywołują, co Was zauroczyło, a co przeraziło. Rozmawiajmy o poezji. A na moim profilu na Instagramie (kliknij tutaj) czeka na Was dodatkowy wiesz-niespodzianka. Tym razem w trochę innej, nieco rebusowej formie :) Szczególnie zapraszam wielbicieli Juliana Przybosia i pięknych, wieczornych pejzaży. Do zobaczenia w komentarzach!


Ściskam,
PANNA MADEMOISELLE
8 komentarzy

21.5.19

O moim różowym plecaku, który jeszcze tak niedawno po brzegi wypełniony był obawami


Siedziałam nad brzegiem Wisły. Sama już nie wiem po której jej stronie. I nie pamiętam też, czego dotyczyła rozmowa. Wiatr przenosił w powietrzu niepokój i zdenerwowanie. Burza już dawno minęła, ale moje spóźnione serce nadal spowite było ciszą. Tą ciszą, tak. Ciszą przed burzą. Bo tam pioruny miały dopiero nadejść. Byłam gotowa na uderzenie. A przynajmniej tak powtarzałam drżącemu ze strachu głosowi. Teraz wiem, że nigdy nie byłam w większym błędzie. Na takie uderzenie nie można się przygotować. Po prostu uderza. I jak każda katastrofa - w najmniej odpowiednim momencie.

Rok temu

Rok temu byłam w Krakowie z moim różowym plecakiem po brzegi wypełnionym obawami. Zestresowana maturą i całym tym życiem, na którego przeżycie nie miałam planu. Zaślepiona wizją studiowania w pewnym pięknym miejscu daleko, daleko stąd. W kraju, który fascynował mnie swoją potęgą i możliwościami, jakie dawał. Ale siedząc wtedy nad brzegiem Wisły nie wiedziałam jeszcze, że po otrzymaniu maila z gratulacjami czar pryśnie i to, za czym biegłam tak długo, w ułamku sekundy przestanie mieć dla mnie znaczenie. W tamto niedzielne popołudnie nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że prawdziwie szczęśliwa będę właśnie tu, w naszym przytulnym mieszkanku zaraz po drugiej stronie Wisły.

To niesamowite, a czasami nawet i lekko niepokojące, jak bardzo człowiek może zmienić się w ciągu jednego roku. A razem z człowiekiem - jego pragnienia, myśli i obawy. Piramida priorytetów wywraca się do góry nogami, a to, co wczoraj było marzeniem, dzisiaj traci sens. Mija dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, a z początku niezauważalne różnice coraz głośniej zaczynają pukać do drzwi rozsądku. Mój rozsądek niecierpliwie otworzył, powitał je ciepło i odetchnął z ulgą.

W końcu zrozumiałam

Zrozumiałam, że dni nie zawsze płyną zgodnie z moimi wytycznymi. I to jest dobre. Ile to razy chciałam czegoś najbardziej w świecie, a potem okazywało się, że bez tego moje życie jest nieporównywalnie piękniejsze niż gdybym dostała to, czego wcześniej pragnęłam! Rok temu chciałam studiować w Wielkiej Brytanii (więcej pisałam o tym tutaj). Nie zdecydowałam się jednak na wyjazd. Teraz mieszkam z piękną osobą w pięknym miejscu i studiuję to, co mnie fascynuje i rozwija. Jestem szczęśliwa. Jeszcze w styczniu dałabym się pokroić za miejsce w londyńskiej uczelni oferującej wymianę zagraniczną. Odrzucono moje zgłoszenie. Był płacz i zgrzytanie zębami. Niedawno okazało się, że ta wymiana, ze względu na Brexit, nigdy nie dojdzie do skutku, a osoby, które przyjęto, całkowicie straciły szansę na wyjazd gdziekolwiek.

Wiele jest powiedzeń, które wpajają odważnie, że "jesteś kowalem własnego losu", i nie mogę się z tym nie zgodzić - jesteś nim, ale nie jesteś jedynym kowalem, od którego zależy twoje jutro. Bardzo często zwyczajnie nie da się przeskoczyć niektórych spraw. Na wiele z nich nie mamy wpływu, a na kolejną część mamy niewłaściwy plan, co na koniec dnia i tak przyniesie rezultat przeciwny do zamierzonego.

Nauczyłam się przyjmować porażki z otwartymi ramionami. Po pierwsze, przestałam je nazywać "porażkami" czy "niepowodzeniami" - są to po prostu sprawy, które ułożą się inaczej niż zakładałam. Ale to wcale nie znaczy, że ułożą się gorzej. Inaczej. Jedni nazywają to przypadkiem, a inni - przeznaczeniem. Ja wolę wierzyć w to drugie. Bo na koniec dnia tak właśnie się dzieje - los prowadzi człowieka we właściwie miejsce o właściwym czasie. Jest dobrym przyjacielem. Nie można z nim walczyć. A mój plecak pełen obaw zniknął z minutą, kiedy się z tym pogodziłam.

Na koniec podzielę się z Wami wierszem. Pięknym wierszem. Może zainspiruje i Was.



Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste
Lecz i manowce wszędy.

O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.

Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki i taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki.


"Odys" Leopold Staff

6 komentarzy

1.4.19

Moje ulubione poranne rytuały, dzięki którym czuję się cudownie przez cały dzień


Z pewnością masz jakieś swoje zwyczaje, małe przyjemności, które nadają sens porankowi. Nadają, jeśli tylko są właściwie dobrane i ułożone w odpowiedniej kolejności. W każdym innym przypadku jedyne, co mogą zrobić, to zniszczyć Twój humor, poczucie własnej wartości i tym samym, zabrać Ci energię i radość z przeżywania kolejnego cudownego dnia. Jestem przekonana, że większość ludzi nie wie, jak zacząć dzień, aby nie wypalić się już w kilka pierwszych godzin po otwarciu oczu. Nic dziwnego, że mijamy potem na ulicy osoby nieszczęśliwe, pełne frustracji i nienawidzące otoczenia.

Ja mogę się pochwalić tym, że znalazłam rutynę idealną. Idealną dla mnie. Coś, dzięki czemu czuję się po prostu dobrze. I właśnie dzisiaj chcę podzielić się nią z Tobą. Mam nadzieję, że jeśli nie znalazłaś jeszcze swojego własnego przepisu na udany poranek, będę Twoją inspiracją do zmian. Bo nie można iść przez dzień z uśmiechem na twarzy, gdy już na początku panowanie przejmują negatywne emocje. Oto, co staram się robić, by temu zapobiec...



#1
daję mojemu organizmowi to, czego najbardziej potrzebuje 


Myślę, że ludzkość nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielki wpływ na przebieg całego dnia ma pierwsza czynność, jaką wykonujemy zaraz po przebudzeniu. Ja też przez długi czas nie przywiązywałam do tego szczególnej wagi. Przeglądanie Instagrama, nerwowe przerzucanie notatek z zajęć czy szukanie ubrań w szafie, połączone z tradycyjnym marudzeniem "nie mam się w co ubrać" były normą. Ale poczytałam kilka przyzwoicie napisanych artykułów, przemyślałam to sobie na spokojnie i te wszystkie bzdury zamieniłam na wypicie szklanki wody. Jednej szklanki. Od razu po przebudzeniu, to bardzo ważne. Zamiast zarzucać całą siebie masą nowych informacji i plotek ze świata celebrytów, pozostawiam moją głowę świeżą, a myśli niezmącone problemami i kompleksami. Dodatkowo mam poczucie, że to, co robię jest krokiem w stronę pięknej cery i zdrowego trybu życia. Wypróbuj tą metodę i już teraz postaw szklankę wody obok swojego łóżka.





#2
wracam do moich zwariowanych przygód


Na kilka minut siadam na łóżku i staram się przypomnieć mój sen. Od kilku tygodni próbuję robić to regularnie, ale czasami konsekwencja ustępuje miejsca wszystkim innym sprawom, które już ustawiają się do mnie w kolejce. Jednak jeśli uda mi się wygospodarować chwilę na odtworzenie przebiegu moich nocnych przygód, nie mogę uwierzyć, że mój mózg jest w stanie wyprodukować takie historie! Wierzę, że nasza podświadomość jest wystarczająco silna, by mogła przekazywać nam pewne informacje. To, co dzieje się w naszej głowie nigdy nie jest bez znaczenia. Warto potraktować swoje sny poważnie i zwracać uwagę na to, czym karmimy nasze myśli. W nocy będziemy zbierać tego plony.





#3
"Dzień dobry, kocham Cię"

Te kilka słów nadają sens całemu dniu. Nieważne czy jestem ich nadawcą, czy odbiorcą, za każdym razem działają na mnie magicznie. Niestety, nie mogę nikomu powiedzieć tego osobiście, ale zawsze staram się, by moi bliscy budzili się do miłej wiadomości wyświetlającej się na ekranach ich telefonów. To naprawdę piękny rytuał. Mój ulubiony z całej tej listy! Pamiętaj, że nie musisz mieć drugiej połówki, by życzyć cudownego dnia. Możesz wysłać taką wiadomość mamie, siostrze lub przyjaciółce. Ważne, żeby była to osoba, na której Ci zależy. Uwierz mi, nie ma nic lepszego z rana niż dobro i miłość, którą możesz dać drugiemu człowiekowi.





#4
rozkoszuję się uczuciem świeżości...

Poranek idealny to taki, gdy mam wystarczająco dużo czasu, by nałożyć na twarz ulubioną bąbelkową maseczkę. Ale wiadomo, jak to w rzeczywistości wygląda. Z moją rezerwą czasową zazwyczaj musiałabym wybierać między nakładaniem maseczki na twarz a odczekaniem tych 10 minut, pozwalając jej się wchłonąć... Dlatego znalazłam dobrą alternatywę - żel oczyszczający dopasowany do mojego typu cery. W końcu, po latach, znalazłam ten jeden jedyny kosmetyk, stworzony "specjalnie" dla mnie. Świeżość i oczyszczenie są tym, czego naprawdę potrzebuję przed zaczęciem mojego dnia.





#5
... i kwiatowym zapachem

Z uwagi na to, że mój codzienny makijaż najczęściej zaczyna się i kończy na podkręcaniu i malowaniu rzęs, na twarz nakładam nawilżającą esencję z wody różanej. (Podobnie jak żel opisany powyżej, esencja również dopasowana jest do mojego rodzaju cery. To bardzo ważne, aby dostarczać skórze dokładnie tego, czego naprawdę potrzebuje.) Mam wtedy wrażenie, że wcieram w twarz kwiaty, które towarzyszą mi przez kilka następnych godzin. Po wchłonięciu nie zostaje tłusty ślad, a skóra jest idealnie odświeżona i nawilżona.


#6
powtarzam sobie, że robię to dla pięknej cery 

"Dasz radę, jeszcze tylko dwa łyki!". Naprawdę nie wiem, dlaczego przyzwyczajenie się do picia ciepłej wody z cytryną idzie mi jak po grudzie. Ten rytuał towarzyszy mi już od kilku miesięcy, a nadal czuję się, jakbym właśnie odbywała karę. Niemniej jednak, jest to idealna kuracja dla całego organizmu - ciepła woda z cytryną pomaga w przemianie materii, wzmacnia odporność oraz utrzymuje skórę w idealnej kondycji. Ale uwaga! Woda ma być ciepła, nie gorąca - w wysokiej temperaturze cytryna traci swoje cudotwórcze właściwości.




#7
podejmuję najtrudniejszą życiową decyzję

Złoto czy srebro? Cenię sobie jednolitość biżuterii i czuję pewien zgrzyt, gdy na jednej ręce pomieszane są te dwa metale. Czasami nie pozostaje mi nic innego jak zastosować starą prostą metodę "na kogo wypadnie, na tego BĘC!" :) A minimalistyczne dodatki, tym bardziej te, do których czuję sentyment potrafią dodać mi skrzydeł na cały dzień.



A ty?
Masz swoje ulubione poranne rytuały?
Kawa, snapchat, książka... co sprawia, że Twój poranek jest piękny?




Odwiedź mnie na instagramie
@pannamademoiselle

Poznajmy się!

56 komentarzy

30.1.19

Jestem jak pies goniący samochód, czyli dlaczego zrezygnowałam ze studiów w Wielkiej Brytanii


Zwróciłaś kiedyś uwagę na reakcję psa, biegnącego w niezrozumiałym szale za samochodem, gdy w końcu dopnie swego? Ja nie. Nie raz widziałam je goniące pojazdy, ale nigdy nie uchwyciłam momentu, kiedy faktycznie osiągały to, czego chciały. I nie zastanawiałam się też, co potem robią z takim zwycięstwem. Aż któregoś dnia pewien mądry człowiek z mojego otoczenia rozbudził we mnie tą refleksję. Powiedział mi, co robią psy, gdy dogonią samochód. Nic nie robią. Stoją i patrzą. Nadal trochę nie wierzą, że udało się im to zrobić. A już kompletnie nie wiedzą, po co to robiły. I zazwyczaj odchodzą... lub, gdy sygnalizacja zmieni się na zielone i auto ruszy, one też biegną dalej. Biegną z nadzieją, że odkryją cel tej pogoni.

Ja byłam takim psem.

Moim samochodem była wizja studiowania w pewnym pięknym miejscu. W kraju, który fascynował mnie swoją potęgą i możliwościami, jakie dawał. W otoczeniu ludzi zupełnie nieznajomych, należących do innych kręgów kulturowych i posługujących się innym językiem. Ucząc się tego, co mnie naprawdę ciekawiło. Chciałam nowości, inności, przygody i... szczęścia. Biegłam za tym naprawdę długo. Na tym opierała się cała moja motywacja do wszystkiego, co w tamtym czasie robiłam. To akurat nie było złe, bo na wyjeździe zależało mi jak na niczym innym. Dlatego osiągałam każdy, nawet najbardziej wymagający cel, jaki przed sobą stawiałam. Ale teraz - patrząc na to z perspektywy - widzę, jak bardzo puste były te motywacje.

Po wynikach matury moje wątpliwości co do dostania się na studia malały z każdą godziną, ale nadal nie chciałam przed sobą przyznać, że mam realną szansę na to miejsce. Następnego dnia dostałam maila z gratulacjami. Przyjęli mnie od razu. I w tamtym właśnie momencie czar prysł. Cała magia uleciała, a ja zostałam uwięziona w świecie dylematów. Dogoniłam swój samochód i nie wiedziałam, co zrobić dalej. Nadal nie wierzyłam, że naprawdę to zrobiłam. A dlatego, że nigdy nie przypuszczałam, że mi się uda, nie miałam żadnych planów co do dalszych moich kroków. Miałam dwie opcje: odejść lub biec dalej. Odeszłam. I poszłam w swoją stronę. Na początku nie było mi łatwo pogodzić się z tą decyzją, mimo że była przecież moja. Jeszcze długo po odrzuceniu oferty studiów biłam się z myślami. Bo czy jest jakiś sens w tym, żeby rezygnować z czegoś, o czym marzyłam przez tyle miesięcy i dla czego osiągnięcia poświęciłam tak wiele? Tak, jest. Ale żeby go odkryć, najpierw musiałam odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: Dlaczego chciałam to zrobić? I wtedy wszystko stało się jasne. Bo, paradoksalnie, nie zależało mi na dostaniu się na tamte studia, żeby się uczyć, zdobywać doświadczenie i korzystać z wachlarza możliwości przyszłego rozwoju, jakie dostałabym w pakiecie. Chodziło tylko o to, żeby przekroczyć ten niemożliwy do przejścia próg. Żeby to zrobić i udowodnić wszystkim wokół, że jestem do tego zdolna. Lub - żeby obwiniać się za to, że się nie udało. Bo przecież tak miało być.

Ta sytuacja otworzyła mi oczy i uświadomiła, że czasami po prostu nie jesteśmy gotowi na sukces. Nie jesteśmy przygotowani i nie mamy planu na wypadek powodzenia. A prawda jest taka, że nie zawsze to, co wydaje się nam niemożliwe naprawdę takie jest w rzeczywistości. Gdy przychodzi oceniać swoje możliwości, ludzie tracą zdolność obiektywnego myślenia i przechylają szalę na którąś ze stron. Częściej niż na sukces, skazują się z góry na porażkę. Ja również poszłam w tę stronę. Realia były jednak inne i musiałam się do nich dostosować w ułamku sekundy. Wtedy przyszedł czas na przeprogramowanie całego mojego dotychczasowego myślenia i stworzenie nowej wizji jutra. Jutra, w którym osiągnęłam to, czego chciałam. A czego chciałam? Nawet dzisiaj nie jestem tego do końca pewna. Jedyne, co wiem, to że nie można wejść na szczyt nie wiedząc, na jaką górę się wspiąć. A będąc już na szczycie najgorszym uczuciem, jakiego można doświadczyć jest zatracenie. Zatracenie siebie i swojego pierwotnego celu w czasie wspinaczki. Wtedy trzeba zejść i spróbować jeszcze raz, gdzieś indziej i wyżej.

64 komentarze

9.1.19

O tym wszystkim, czego mi w ostatnim czasie bardzo brakowało


Brakowało mi czegoś, ale niezbyt wiedziałam, czym to coś było. Znasz to uczucie, prawda? Gdy w pewnym momencie Twoje życie staje się jakieś takie inne, ale Ty nie jesteś w stanie stwierdzić, co się zmieniło? Dokładnie tak było jeszcze wczoraj. Czułam, że coś jest nie tak, że czegoś mi brakuje. Dzisiaj już wiem. Długopisu. Kartki. Ciszy. Tęskniłam za tym. Za nurkowaniem w oceanie moich myśli. I za spisywaniem wszystkiego, co przyszło mi do głowy w trakcie tej małej podróży.

Nigdy nie myślałam, że mam w sobie tak twórczo rozwiniętą duszę, ale przez kilka ostatnich tygodni odczuwam bardzo głęboką i silną potrzebę dokumentowania wszystkiego, co mnie otacza. Każdego uśmiechu, łzy, promienia słońca, usłyszanych na ulicy przypadkowych aforyzmów nieznanych mi ludzi oraz moich własnych przemyśleń inspirowanych zwykłymi codziennymi sytuacjami. Chcę to uwiecznić. Uchwycić przelotne piękno i niezwykłość detali. Ale nie chcę zachowywać tego dla siebie. To, co dzieje się wokół jest zbyt wyjątkowe i magiczne, żeby zostało zamknięte w zeszycie schowanym pod poduszką. Chcę się tym dzielić. Z Wami. Z Tobą.

Myślę, że nowy rok jest dobrym momentem, by zacząć. A powrót do rzeczywistości po beztroskiej przerwie świątecznej jest dobrym momentem, by pozwolić myślom płynąć. Nie narzucając im kierunku. Moje błądzą. Błądzą w otchłani pięknych wspomnień, jakie zgromadziły się w moim sercu w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Błądzą też w otchłani mojego smutku i tęsknoty. Tęsknoty właśnie za tymi momentami, gdy wszystko wokół było magiczne. Trudno pogodzić się z tym, że każda ta sekunda szczęścia teraz jest martwa. Istnieje tylko w mojej pamięci. I już nigdy nie wróci w pierwotnej postaci. Umarła na zawsze. Mogę tylko poczuć jej zapach.

I to jest właśnie mój problem. Życie wspomnieniami. Nawet najpiękniejsze wspomnienia nie zmienią tego, że żyję przeszłością. Czasami tak bardzo koncentruję się na strachu przed przemijaniem, że zaczynam tęsknić za chwilą przeżywając ją. W efekcie nieprzerwanie zatopiona jestem w morzu retrospekcji i zapominam żyć teraz. Zapominam żyć. A to jest bardzo ważne.

Swoją drogą, to śmieszne. I dziwne. Ale jednak nadal smutne. Ludzie zazwyczaj mają problem z ruszeniem na przód po traumatycznych momentach ich życia. A ja nie potrafię się pozbierać po tych pięknych. Wszystko wokół mnie przemija, a ja patykiem chcę zatrzymać bieg rzeki. Moje żałosne starania nie przynoszą mi niczego innego poza nasilającym się z każdą próbą smutkiem. I jak co roku staram się unikać postanowień, którym sprostanie graniczy z cudem, a niespełnione przynoszą jedynie rozczarowanie, dzisiaj stworzyłam moją własną listę. Nauczenie się życia tu i teraz jest na samym jej wierzchołku. Jak myślisz, uda się?

5 komentarzy
© PANNA MADEMOISELLE • Theme by Maira G.