Siedziałam nad brzegiem Wisły. Sama już nie wiem po której jej stronie. I nie pamiętam też, czego dotyczyła rozmowa. Wiatr przenosił w powietrzu niepokój i zdenerwowanie. Burza już dawno minęła, ale moje spóźnione serce nadal spowite było ciszą. Tą ciszą, tak. Ciszą przed burzą. Bo tam pioruny miały dopiero nadejść. Byłam gotowa na uderzenie. A przynajmniej tak powtarzałam drżącemu ze strachu głosowi. Teraz wiem, że nigdy nie byłam w większym błędzie. Na takie uderzenie nie można się przygotować. Po prostu uderza. I jak każda katastrofa - w najmniej odpowiednim momencie.

Rok temu

Rok temu byłam w Krakowie z moim różowym plecakiem po brzegi wypełnionym obawami. Zestresowana maturą i całym tym życiem, na którego przeżycie nie miałam planu. Zaślepiona wizją studiowania w pewnym pięknym miejscu daleko, daleko stąd. W kraju, który fascynował mnie swoją potęgą i możliwościami, jakie dawał. Ale siedząc wtedy nad brzegiem Wisły nie wiedziałam jeszcze, że po otrzymaniu maila z gratulacjami czar pryśnie i to, za czym biegłam tak długo, w ułamku sekundy przestanie mieć dla mnie znaczenie. W tamto niedzielne popołudnie nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że prawdziwie szczęśliwa będę właśnie tu, w naszym przytulnym mieszkanku zaraz po drugiej stronie Wisły.

To niesamowite, a czasami nawet i lekko niepokojące, jak bardzo człowiek może zmienić się w ciągu jednego roku. A razem z człowiekiem - jego pragnienia, myśli i obawy. Piramida priorytetów wywraca się do góry nogami, a to, co wczoraj było marzeniem, dzisiaj traci sens. Mija dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, a z początku niezauważalne różnice coraz głośniej zaczynają pukać do drzwi rozsądku. Mój rozsądek niecierpliwie otworzył, powitał je ciepło i odetchnął z ulgą.





W końcu zrozumiałam

Zrozumiałam, że dni nie zawsze płyną zgodnie z moimi wytycznymi. I to jest dobre. Ile to razy chciałam czegoś najbardziej w świecie, a potem okazywało się, że bez tego moje życie jest nieporównywalnie piękniejsze niż gdybym dostała to, czego wcześniej pragnęłam! Rok temu chciałam studiować w Wielkiej Brytanii (więcej pisałam o tym tutaj). Nie zdecydowałam się jednak na wyjazd. Teraz mieszkam z piękną osobą w pięknym miejscu i studiuję to, co mnie fascynuje i rozwija. Jestem szczęśliwa. Jeszcze w styczniu dałabym się pokroić za miejsce w londyńskiej uczelni oferującej wymianę zagraniczną. Odrzucono moje zgłoszenie. Był płacz i zgrzytanie zębami. Niedawno okazało się, że ta wymiana, ze względu na Brexit, nigdy nie dojdzie do skutku, a osoby, które przyjęto, całkowicie straciły szansę na wyjazd gdziekolwiek.

Wiele jest powiedzeń, które wpajają odważnie, że "jesteś kowalem własnego losu", i nie mogę się z tym nie zgodzić - jesteś nim, ale nie jesteś jedynym kowalem, od którego zależy twoje jutro. Bardzo często zwyczajnie nie da się przeskoczyć niektórych spraw. Na wiele z nich nie mamy wpływu, a na kolejną część mamy niewłaściwy plan, co na koniec dnia i tak przyniesie rezultat przeciwny do zamierzonego.

Nauczyłam się przyjmować porażki z otwartymi ramionami. Po pierwsze, przestałam je nazywać "porażkami" czy "niepowodzeniami" - są to po prostu sprawy, które ułożą się inaczej niż zakładałam. Ale to wcale nie znaczy, że ułożą się gorzej. Inaczej. Jedni nazywają to przypadkiem, a inni - przeznaczeniem. Ja wolę wierzyć w to drugie. Bo na koniec dnia tak właśnie się dzieje - los prowadzi człowieka we właściwie miejsce o właściwym czasie. Jest dobrym przyjacielem. Nie można z nim walczyć. A mój plecak pełen obaw zniknął z minutą, kiedy się z tym pogodziłam.

Na koniec podzielę się z Wami wierszem. Pięknym wierszem. Może zainspiruje i Was.



Niech cię nie niepokoją
Cierpienia twe i błędy.
Wszędy są drogi proste
Lecz i manowce wszędy.

O to chodzi jedynie,
By naprzód wciąż iść śmiało,
Bo zawsze się dochodzi
Gdzie indziej, niż się chciało.

Zostanie kamień z napisem:
Tu leży taki i taki.
Każdy z nas jest Odysem,
Co wraca do swej Itaki.


"Odys" Leopold Staff